sobota, 17 lutego 2018

Estée Lauder Double wear Stay-in-place makeup 1W2 Sand - kultowy podkład w codziennym użytkowaniu


Hej! Dziś będzie o podkładzie, na którego temat jest tyle postów ile kropli wody w morzu, jednak czuję potrzebę naskrobania też czegoś od siebie.
Czemu w tytule nazwalam go kultowym? Oglądając lub czytając recenzje różnych fluidów, na pewno zauważyliście że prawie za każdym razem są one porównywane do  podstawowej wersji Double Weara Stay-in-place. Jeszcze gwoli przypomnienia krótki opis ze strony Estée:

Podkład do makijażu, który utrzymuje się na skórze do 24 godzin. Podkład zapewnia nieskazitelny wygląd przez cały dzień. Ten bezproblemowy, długotrwały podkład do twarzy zachowuje świeżość i wygląda naturalnie pomimo upału, wilgoci i wzmożonej aktywności. Podkład nie zmienia koloru, nie rozmazuje się i nie brudzi ubrań. Jest lekki i pozwala skórze czuć się komfortowo. Teraz nieskazitelny wygląd, który widzisz rano w lustrze, towarzyszy Ci przez cały dzień. Beztłuszczowy. Bezzapachowy. Krycie średnie. Podkład nakładany warstwowo potęguje efekt. Zawiera Filtr SPF 10.



 Podkład w perfumeriach stacjonarnych kosztuje w granicach 180 zł. Ja razem z pompką firmy Clinique kupiłam go w Sephorze za ok 50 zł z bonem i zniżkami, ale będę pod uwagę brać jego regularną cenę. Pierwszy minus to oczywiście brak pompki, temat poruszany już milion razy, również przy podkładzie Revlona. Ta druga firma jednak już zmieniła opakowania, a Estée Lauder, zamiast sprzedawać opakowania z pompką... wprowadziło takową do sprzedaży za 25 zł. Klienci i tak po zakupie Double Weara, biegli do MAC'a "na przeciwko" po pompkę, więc teraz po prostu do dodatkowe 25 zł będą dorzucać też do kieszeni Estée. Ja posiadam pompkę z Clinique jak już pisałam i pasuje, radzę też posprawdzać pompki ze swoich podkładów - a nuż będzie pasować.



Do wyboru mamy aż 37 odcieni, a pomijając ekstremalnie ciemne, dla Polek pozostaje plus minus 22. Kiedyś dostałam próbkę Fresco który był za ciemny, później w Sephorze dostałam kilka razy próbkę ocienia Sand, który jest bardzo uniwersalnym kolorem. Nie jest zbyt ciemny, za to ma silny, mocno dziś pożądany żółty pigment, który przypasuje prawie każdemu. U mnie wygląda w porządku, zastanawiałam się jednak nad czymś bardziej neutralnym (Z literką N w nazwie, zamiast W) jednak Panie w Sephorach nie były zbyt pomocne - miało to też związek z zaopatrzeniem, mianowicie Sephory widocznie cierpią na deficyt testera z odcieniem Sand, którego to chciałam porównać do innego odcienia. W jednej dowiedziałam się, że odcienie Stay-in-place są odpowiednikami serii Water fresh nude, w innej dowiedziałam się że odcień Sand z jednej serii nie będzie odpowiadał temu z drugiej serii i nie ma co porównywać. W końcu zmęczona chodzeniem, wzięłam Sand i muszę przyznać że się nie zawiodłam - mieszam go z innymi podkładami i z każdym wygląda dobrze, solo też wygląda pięknie, zwłaszcza w pełnym makijażu (puder + korektor + bronzer + róż + rozświetlacz), bo nałożony solo jednak nieco się wyróżnia.


Aplikacja tego podkładu to czysta przyjemność. Nie chcę już robić osobnego wątku dot zapachu, więc od razu napiszę, że zapach jest bardzo przyjemny. Podkład nakładam zwilżoną i odsączoną gąbką, z reguły są to około dwie pompki, bo gąbka też mimo wszystko niestety trochę spija. (Na zdjęciu jest jedna, wybaczcie za jakość, ale mistrzem selfie to ja nie jestem :P) Podkład szybko zastyga i czuć go przez chwilę na twarzy, ale absolutnie mi to nie przeszkadza. To, co podoba mi się najbardziej, to fakt, że na mojej mieszanej skórze mogę użyć nawet treściwego kremu, jakim jest Steamcream pod makijaż i wygląda on w porządku - wykończenie Double Weara jest bardzo naturalne, w kierunku do matowego. Jedynie lekko pudruję twarz sypkim pudrem, bez konieczności bakingu i wszystko trzyma się ładnie cały dzień. 
Jeśli chodzi o poziom krycią - jest średnie. Mnie ono bardzo odpowiada, bo wszystko co ma być zakryte, jest zakryte, a efekt nie jest sztuczny. Podkładu używam ostatnio na co dzień i absolutnie nie zauważyłam, żeby był ciężki lub komedogenny. Po przeczytaniu miliona recenzji o ciężkości Double weara mogłam się spodziewać innego efektu, ale już samo używanie próbek temu przeczyło. Double wear to długotrwały podkład o średnim kryciu, ładnym zapachu, z filtrem SPF10 i wieloma odcieniami, ale na pewno nie zapycha porów. Jeśli dla kogoś jest za ciężki, Estée Lauder ma całą masę lżejszych podkładów, niekoniecznie trzeba brnąć uparcie w ten jeden. 
Wracając do samej konsystencji - jest lejąca, co widać na zdjęciu u góry, rzuca się to w oczy zwłaszcza jeśli porównamy podkład do innych - nawet do lekkich, nawilżających o słabym kryciu. 
Podkład zawiódł mnie tylko w jednej sytuacji - nałożony na bazę Benefit porefessional, o czym prawdopodobnie i tak wspominałam opisując ową bazę. W każdym innym wypadku, aplikując Double weara jestem pewna, że wytrzyma cały dzień, a moja cera z nim będzie wyglądać dobrze.


sobota, 3 lutego 2018

Too faced, Born this way naturally radiant concealer, Very fair - Jak sprawdza się korektor za 120 zł?

Cześć! Dziś o produkcie, którego można dostać stacjonarnie w każdej, nawet najmniejszej Sephorze. Jak wiemy, znaleźć idealny korektor pod oczy jest ciężko - powinien nie wchodzić w załamania, trzymać się cały dzień, dobrze kryć ale rozświetlać jednocześnie i oczywiście być lekkim dla skóry pod oczami. Podobno ideałem jest Tarte, ale za korektor z przesyłką z USA trzeba zapłacić bagatela 180 pln jeśli chcemy mieć pewność że to oryginał, plus podatek, co daje łącznie kwotę około 220 pln. A Tarte czasem ma opcję Free shipping worldwide, więc myślę że warto poczekać. A w międzyczasie posiłkuję się tym, co jest pod ręką. Po udanej współpracy z paletką, bronzerem, różem, rozświetlaczem, tuszem i szminką [KLIK] korektor też powinien zapowiadać się świetnie.

Wzbogacony składnikami korzystnymi dla skóry, takimi jak woda kokosowa, która uzupełnia nawilżenie skóry, różanecznik alpejski, który rozświetla skórę i przywraca jej blask oraz kwas hialuronowy, który wygładza skórę i nadaje jej młodszy wygląd. Nasza zastrzeżona mieszanka kolorowych korektorów wygodnych w użyciu dzięki kremowej konsystencji, stwarza wrażenie idealnej skóry. Cera jest naturalnie lśniąca, kiedy kosmetyk stosuje się pod lub na podkład, a nawet kiedy używa się go samodzielnie. 


Korektor występuje w szesnastu odcieniach [KLIK], w Polsce mamy ich dwanaście [KLIK]. Ja zaopatrzyłam się w Very Fair, który dobrze współgra z Double Wear 1W2 Sand oraz bronzerem w sztyfcie Hoola. Korektor ładnie wtapia się w skórę, pomimo dosyć jasnego i chłodnego odcienia, nie odznacza się. 

Opakowanie mieści 7 ml produktu, czyli standardową ilość i jest solidnie wykonane. Oprócz tego jest zwyczajne, i wyróżnia je jedynie napis na złotym pasku. Jeśli chodzi o aplikator, również nie wyróżnia się niczym szczególnym i wygląda, jak w każdym innym korektorze.

I teraz meritum sprawy, czyli kwestia jak sprawdza się w trakcie, i po aplikacji. Kosmetyk
 ma gęstą, kremową konsystencję fluidu. Jak już wspomniałam ładnie się wtapia, nakładany zarówno palcem, jak i Beauty blenderem. Krycie można uznać za średnie, na pewno nie jest to największe krycie jakie spotkałam. Korektor nie wysusza skóry pod oczami i nosi się go przyjemniej, niż te o matujących właściwościach. (Jeśli ktoś używał Catrice, na pewno wie co mam na myśli) Niestety, korektor nie jest dla osób, które nie lubią pudrowania skóry pod oczami - Dziś to codzienność, ale zdaję sobie sprawę, że osoby z cerą suchą pudrują delikatnie tylko strategiczne miejsca znikomą ilością pudru nawilżającego, po to by przedłużyć trwałość podkładu. Dla wielu osób baking pod oczami jest po prostu zbyt ciężki. Korektor Born this way wymaga niezwłocznego przypudrowania zaraz po aplikacji, bo niestety zbiera się w załamaniach skóry. Jest to na pewno ogromna wada, przez którą na pewno nie kupię go po raz kolejny. Zdaję sobie sprawę, że jest to kwestia sporna, bo każdy korektor powinien być przypudrowany dla utrzymania trwałości. Ja również ze swoją mieszaną cerą, nakładam puder bambusowy na całą twarz i odrobinę ryżowego pod oczy. Jednak nieraz po prostu chcę wyjść po przysłowiowe bułki do sklepu, wklepać odrobinę korektora żeby nie straszyć ekspedientek i tyle. Tutaj jednak jest to niemożliwe, bo kosmetyk nieprzypudrowany wygląda po prostu nieestetycznie. I po raz kolejny przyznam, że dla wielu osób nie będzie to wadą, bo wiele z was pudruje korektor od razu po aplikacji, ale używałam wiele drogeryjnych, tanich korektorów (Bourjois, Rimmel, Maybelline) które nie miały tego problemu i myślę że w kosmetyku za tą cenę mogę spodziewać się przynajmniej zachowania standardów które zachowały tańsze odpowiedniki.


Water/Aqua/Eau, Hydrogenated Polyisobutene, Hydrogenated Styrene/Isoprene Copolymer, Hydrogenated Didecene, Trimethylsiloxysilicate, Titanium Dioxide [Nano], Cetyl PEG/PPG-10/1 Dimethicone, Glycerin, Polymethylsilsesquioxane, HDI/Trimethylol Hexyllactone Crosspolymer, Lactobacillus/Salix Alba Bark Ferment Filtrate, Phenoxyethanol, Alumina, Cocos Nucifera (Coconut) Fruit Juice/Cocos Nucifera Fruit Juice, Cocos Nucifera (Coconut) Water/Cocos Nucifera Water, Dimethicone, Disteardimonium Hectorite, Lauric Acid, Lauryl Alcohol Diphosphonic Acid, Lauryl PEG-8 Dimethicone, Magnesium Aluminum Silicate, Methicone, Fragrance/Parfum, Pentylene Glycol, Potassium Sorbate, Rhododendron Ferrugineum Extract, Sodium Benzoate, Sodium Chloride, Sodium Dehydroacetate, Sodium Hyaluronate, Tocopheryl Acetate, Triethoxycaprylylsilane, Trisodium Ethylenediamine Disuccinate, Tropolone, Yogurt Powder. May Contain/Peut Contenir (+/-): Iron Oxides (CI 77491, CI 77492, CI 77499), Titanium Dioxide.

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Skinfood - Maseczki i peeling roku (Rice, Black Sugar, Honey)


Cześć! W Świątecznym okresie w Sephorze roiło się od crackerów, a już po Świętach większość z nich była na wyprzedaży. Tym sposobem w styczniu zakupiłam 3 małe słoiczki z ciekawą zawartością. Mamy tu peeling i dwie maseczki, gdzie peeling ma właściwości odżywcze, a peelingi zawierają drobinki, dostajemy więc produkty wielofunkcyjne.


Black Sugar Perfect Essential Scrub
Peeling ma bogatą, cukrową fakturę, którą widzicie powyżej. Jest zbity, konkretny, nie lejący się, jak większość peelingów na naszym rynku. To, na co na pewno chcę zwrócić uwagę to zapach - zapach cytryn. Nie jest on sztuczny, ale peeling pachnie jakbyśmy przed chwilą skroiły i dolały kilka kropel soku z cytryny - bardzo świeżo i intensywnie. Jest dosyć "ostry" jak to scrub, myślę jednak że w zależności od tego jak będzie się go używać, z sukcesem może go stosować każdy. Moja pierwsza styczność z nim - zupełne wow! Pierwszy raz po użyciu peelingu moja cera była tak zaczerwieniona. Jarałam się tym strasznie i robiłam wszystkim zdjęcia mojej buraczanej twarzy. Jeśli nie chcemy aż tak intensywnego działania, można zostawić peeling zgodnie z zaleceniem na kilka minut, a spłukując go z twarzy, wykonać delikatny masaż. Plus za niesamowitą wydajność - po czterech użyciach ubytek jest nadal niewielki. 


Black Sugar Honey Mask Wash off
Z tą maseczką jest śmieszna sprawa. W nazwie jest znowu "Black sugar", a ja po pierwszym użyciu myślę, gdzie ten black sugar się podziewa. Nie ważne, bo maseczka pachnie miodem, ma konsystencję miodu i odżywia jak miód, nic tylko zachwalać. Zdziwienie przyszło po trzecim użyciu, gdzie zza miodowej, lepkiej warstewki zaczęła się wyłaniać brązowa góra lodowa. Jeszcze jeden rzut oka na nazwę maseczki i moje wielkie "NO WAY!!!" Ależ tak. W miodowej maseczce jest mniej cukrowego peelingu niż w cukrowym peelingu, ale również jest, a spowija go miodowa pachnąca warstewka, więc można powiedzieć że maseczki używa się jeszcze przyjemniej. Nie mniej, czarny cukrowy element który widać na zdjęciu pod miodem nakładam na całą twarz, a sam "miód" na usta i skórę pod oczami. Po trzech takich niedzielnych zabiegach (cukrowy peeling-maska + cukrowa maska-peeling) śmiałam się, że moja cera najzdrowiej wygląda w poniedziałek - zero suchych skórek, jest bardziej napięta a podkład lepiej się trzyma. Na pewno wrócę do tych produktów. 


Rice mask wash off
I czas na kolejną i ostatnią maseczkę która również posiada funkcję peelingu, choć zdecydowanie nie tak trącego, jak cukier. Maseczka z ryżowym ekstraktem będzie idealna dla cer delikatnych, suchych, z problemem rozszerzonych naczynek. Jest to delikatnie pachnąca, biała maseczka, która jednak jakąś strukturę ma - specjalnie rozsmarowałam małą ilość na dłoni, żebyście zobaczyli że wygląda jak zmielone ziarnka ryżu - absolutnie delikatne w użytkowaniu. Ja często używam jej jako "ostatni etap" z trzech produktów, lub zamiast miodowej, choć tej trudno sobie odmówić. Mam wrażenie że ryżowa maska łągodzi - dla mnie jest zbyt łągodna i nie sięgnę raczej po nią ponownie jak po dwie poprzednie, ale trzeba przyznać, że ma potencjał. :)



}